Dokładnik na Zapiecku, czyli jak wygląda świat „po makatońsku”

Opublikowano: 3 listopada 2018 roku

Wszystkim, którzy już nas poznali z opowiadania „Księciunio i inni” nie muszę wyjaśniać kim jesteśmy i co robimy. Tym, którzy nas jeszcze nie poznali, mówimy:

Kto? Uczniowie klasy autystycznej ze Specjalnego Ośrodka Szkolno–Wychowawczego.

Zaczęliśmy nowy rok szkolny we trójkę. To znaczy uczniów jest troje, ale że nie mogą być sami sobie w klasie i w szkole, więc jestem z nimi też ja – ich nauczycielka i Pani Justynka, która jako pomoc, jest niezastąpiona i nieoceniona. Na co dzień przebywamy na Zapiecku. Już tłumaczę co to oznacza. Otóż, kiedy powstawała nasza klasa, a był to rok 2011, zajmowaliśmy salę szkolną, jak każda inna klasa i niestety, jak każda inna klasa, słyszeliśmy wszystkie dzwonki, bo tak już jest w szkołach, że dzieciom czas normują dzwonki, dość często głośne i przenikliwe.

W naszej klasie był wtedy Kiwaczek, który na takie głośne i przenikliwe dzwonki reagował bardzo żywiołowo: zatykał uszy, krzyczał, tupał pod ścianą i nie pozwalał się ruszyć. Widocznie, dźwięk dla wszystkich innych jakoś tam znośny, w jego głowie stawał się nie do wytrzymania. Po drugie, była z nami wtedy Fryga, która wystrzelała po takim dzwonku na korytarz i goniła jak szalona, a wracała po kolejnym ogromnie pobudzona i z trudem orientowała się w rzeczywistości lekcyjnej. Po trzecie Dokładnik, który dość często zawieruszał się w czasie takiej przerwy i trzeba było go szukać, a potem sprowadzać do klasy.

Wszystkie te kwestie sprawiły, że kiedy pojawiła się możliwość zmiany sali, bardzo chętnie z niej skorzystałam i w ten oto sposób znaleźliśmy się na Zapiecku, czyli w sali znajdującej się w takiej części budynku, w której nie słychać dzwonków. Nie wychodzimy też na korytarz, na którym hałasuje cała chmara innych dzieci. Nie znaczy to, że nie mamy przerw. Oczywiście, że mamy, ale każde z dzieci pracuje w swoim tempie i przerwę oznacza dla niego zakończenie danej czynności.

Do przerw służy nam osobne pomieszczenie, gdzie dzieci mają rozłożone materace, huśtawkę – hamak, piłki, na których mogą skakać i jeszcze parę innych rzeczy, którymi mogą się zająć. Ulubionym zajęciem Księciunia, przez bardzo długi czas, było wylegiwanie się na materacu i obgryzanie klocków lego. Niestety z dość pokaźnego pudła, w którym co jakiś czas robiliśmy selekcję wyrzucając najbardziej zgryzione klocki, nic już nie zostało. Obecnie ulubionym sposobem spędzania przerw przez Księciunia jest siedzenie na ogromnej gumowej piłce, na której rytmicznie podskakuje, wprawiając w rezonans drzwi od naszej „sali do przerw”.

Ulubionym zajęciem Dokładnika jest podrzucanie wszystkich przedmiotów, które dostanie do rąk i sprawdzanie czy fruwają, a najlepiej jeszcze, żeby przyklejały się do sufitu. Uwielbia wszelkiego rodzaju baloniki, skrawki materiałów, piórka i inne. Pewnego razu, gdy każde z dzieci dostało do zabawy fragment folii bąbelkowej, Dokładnik z uporem godnym podziwu starał się tak go naelektryzować, żeby przykleił się do sufitu, jednak to był wyjątkowo uparty kawałek folii i nie chciał robić tego, o co chodziło Dokładnikowi. Skończyło się ogromnym płaczem Dokładnika, co u niego jest normalną reakcją w sytuacji, gdy się złości.

Przerwy Nowej są rozbiegane i chaotyczne. Większość rzeczy, które weźmie do rąk, zostają uślinione, zgryzione, bo tak jak Księciunio, potrzebuje ciągłej stymulacji smakowo – dotykowej (nie chodzi o smak konkretnych przedmiotów, tylko o bodźce dotykowe odbierane w jamie ustnej, ciągła potrzeba wkładania przedmiotów do ust przy specyficznych, najczęściej negatywnych reakcjach na bodźce stricte dotykowe – dzieci te nie lubią być dotykane) i porzucone bezładnie byle gdzie. Na szczęście Nowa posłusznie sprząta po sobie, ale wygląda to tak, że jedną rzecz odkłada na półkę a zrzuca pięć innych, śmieci trafiają, zamiast do kosza, obok, a cała jej niezgrabność, brak koordynacji ruchowej, również wynikają z zaburzeń integracji sensorycznej.

Co to znaczy „Zapiecek”? Dawno, dawno temu, w wiejskich chatach nie było pieców na gaz, ani pieców na prąd, tylko takie, w których trzeba było rozpalić prawdziwy ogień. Przy takim piecu było miło i ciepło, a zdarzało się nawet, że ludzie spali na nim zimą. Nazwałam naszą salę Zapieckiem, bo u nas też jest ciepło i miło, a co najważniejsze, nie słyszymy dzwonków, no i Nowej, jak bardzo wcześnie przyjedzie w poniedziałek do internatu, zdarza się nieco pospać. No tak, ale dla dzieci to jest zwykła sala lekcyjna, więc tak też sobie ją podpisaliśmy. Oczywiście nie dosłownie, ale w formie tabliczki na drzwiach. O, właśnie takiej:

Może ktoś zapyta, dlaczego podpis jest z takimi obrazkami ? Jak nie zapyta, to i tak wyjaśnię, bo o tym właśnie chcę opowiedzieć: jak korzystamy z komunikacji alternatywnej Makaton i dlaczego.

Otóż, jak wcześniej wspomniałam, uczniów w naszej klasie jest troje: Księciunio, Dokładnik i Nowa, która pojawiła się w tamtym roku szkolnym, w kwietniu. Księciunio i Dokładnik, których może pamiętacie z opowieści „Księciunio i inni”, nadal nie zaczęli mówić, a Nowa ? Najlepiej wychodzi jej wykrzyczane słowo „NIE”, inne słowa wypowiada w sposób trudny do zrozumienia dla innych, chociaż ja i Pani Justynka, jak tak znamy Nową coraz dłużej, to też rozumiemy coraz lepiej, ale nie zmienia to faktu, że dziewczynka potrzebuje wsparcia w komunikowaniu się.  Dla Księciunia i Dokładnika, którzy nie mówią wcale, Makaton stanowi komunikację alternatywną, co oznacza, że mogą się posługiwać znakami i gestami w zastępstwie mowy, natomiast dla Nowej, Makaton jest wsparciem języka, którym posługuje się w bardzo ograniczony sposób.

Ano właśnie, napisałam, że Makaton to znaki i gesty, ale z tym mamy pewien kłopot. Gdy zaczęliśmy korzystać z Makatona, dzieci w naszej klasie, już miały cały szereg gestów im właściwych, ale także w  miarę zrozumiałych dla większości osób zajmujących się nimi. Dokładnik i Księciunio sygnalizując potrzebę fizjologiczną, wskazują odpowiednią część ciała, Księciunio, gdy czegoś nie chce, stanowczo i zdecydowanie odpycha to coś od siebie, czasami odpycha mnie, albo Panią Justynkę, oznajmiając nam, że nie życzy sobie pomocy przy wykonywaniu jakiegoś zadania, obaj potrafią wskazać rzecz aktualnie im potrzebną.

Poza tym, z gestami jest tak, że aby były czytelne dla otoczenia, to owo otoczenie musi je rozumieć, ale też, w celu uzyskania odpowiedzi, posługiwać się nimi, tymczasem ani nauczyciele, ani rodzice nie znają gestów Makaton. Przyszło mi też do głowy, że dla wielu ludzi, niestety także tych pracujących w szkole, dzieci z naszej klasy sprawiają wrażenie dziwnych, gdyby dodatkowo próbowali „mówić” gestami Makatonu, zostaliby uznani za dziwnych jeszcze bardziej, więc tak nam już zostało, że w dużej mierze koncentrujemy się na posługiwaniu się znakami, które są bardziej czytelne dla ogółu.

Jak zaczynaliśmy ? Ten napis na drzwiach „to jest klasa, tu uczymy się i bawimy”, mamy dopiero od niedawna. Wcześniej, gdy jeszcze nasza sala znajdowała się w części szkolnej, drzwi zdobił pojedynczy znaczek: „klasa”. Taki też, pojedynczy znaczek przykleiliśmy na drzwiach do łazienki, co jeszcze nie wzbudziło żadnych komentarzy, kiedy jednak, już w kolejnym roku posługiwania się Makatonem i tak przy okazji realizacji tematu Ośrodka Pracy: „pracownicy szkoły”, przeszliśmy korytarzem i oznakowali drzwi np. do sali gimnastycznej, biblioteki, gabinetu Pana Dyrektora, Sali Doświadczania Świata i kilku innych, spotkało się to z dezaprobatą niektórych osób (podobno z powodu tych naklejek, drzwi zostały zniszczone).

Nam podobała się ta wycieczka po szkole, bo każde pomieszczenie, zanim zostało „podpisane”, dokładnie sobie pooglądaliśmy, a większość pracowników szkoły, napotkana po drodze, zagadywała do dzieci, więc było to nie tylko nabywanie orientacji w otoczeniu, ale także orientacji, kto jest kim.

Wracając jednak do początków: wyznaczyliśmy w klasie miejsce do spożywania posiłków, głównie śniadań, bo jemy w klasie, a jeśli nie jemy, tak jak Księciunio, to przynajmniej uczymy się je prawidłowo przyrządzać, co oznacza, że ćwiczymy samoobsługę. Mimo wielu zmian zachodzących w naszej klasie, to pozostało nadal: wydzielone miejsca, przeznaczone do określonego rodzaju aktywności, a nazywa się to, bardzo poważnie: strukturyzacja przestrzeni. Na naszym Zapiecku, posiłki jemy przy jednym stoliku, do nauki mamy inne stoliki, a do przerw osobną salę. Mamy także łazienkę z odpowiednim podpisem na drzwiach, a jakże:

Wtedy jednak, mieliśmy jedną salę, a przerwy dzieci spędzały z całą resztą innych uczniów, na korytarzu szkolnym, co nie wychodziło im na dobre, mam jednak nadzieję, że dzięki oznakowaniu drzwi, czuły się nieco bezpieczniej. Za to w klasie mogliśmy jedynie wydzielić kącik do przebierania się, stolik do śniadań i stoliki do nauki, a każde z tych miejsc było „opisane” pojedynczym znakiem.

Ponieważ jednak dzieci w naszej klasie są wyjątkowe i niezwykłe, więc wszystko co robimy też nie może odbywać się tak po prostu, w tym także śniadania. Przy każdym naszym śniadaniu zawsze było pełno znaczków i dzieci dopasowywały je do produktów spożywczych, albo czynności koniecznych do wykonania kanapki. Za pewien sukces mogę uznać fakt, że Dokładnik przy każdym śniadaniu, zaledwie rozłoży swoje wiktuały, sięga po umieszczone na stoliku zdanie:

A skoro pokazuje, robimy mu herbatę. Księciunio nie pokazuje nigdy, a Nowa, gdy tylko dotknie czajnika, bardzo głośno krzyczy „nie”, co stanowi jej ulubione słowo, niezależnie od tego, czy poruszane kwestie jej dotyczą. Gdy mówimy jej, że jest dziewczynką, gdy w poniedziałek mówimy, że jest poniedziałek, gdy właśnie widzimy za oknem, że pada deszcz, Nowa na wszystko ma swoje „nie”. A herbaty nie chce, bo nie lubi gorących napojów.

Na stoliku, w zasięgu rąk dzieci znajduje się jeszcze jedno zdanie:

które dzieci z uporem ignorują, sygnalizując potrzeby fizjologiczne po swojemu.

Z czasem zaczęliśmy nosić znaczki na jadalnię, gdzie dzieci codziennie jedzą obiad i rzeczywiście, wielu patrzyło na nas nieomal jak na kosmitów, bo do każdego posiłku wybieraliśmy odpowiedni znak. W pewnym momencie, coś się stało Księciuniowi, że do zupy zaczął wybierać z koszyczka ze sztućcami – widelec, a do drugiego dania – łyżkę. Znamy Księciunia nie od dzisiaj i zapewne w jego przekonaniu był to dobry żart, jednak każdy żart powtarzany codziennie z czasem zaczyna irytować, a że znamy Księciunia dość dobrze, wiemy, że jak sobie coś wymyśli, to długo potrafi to powtarzać. Najpierw pokazywałam mu znaczek „łyżka”, wtedy gdy dzieci jadły zupę, znaczek „widelec”, gdy na stole było drugie danie. Księciunio szedł do koszyczka ze sztućcami, ale spędzał tam bardzo dużo czasu namyślając się co ma wybrać. Byliśmy już jednak na etapie dość zaawansowanej znajomości znaków, więc któregoś dnia przed obiadem, ułożyłam z Księciuniem dwa zdania:

No cóż, Księciunio chodzi z tymi zdaniami na obiad i nadal sobie z nas żartuje, co z kolei my ignorujemy, po prostu zabierając jeden koszyk, a zostawiając ten z właściwymi sztućcami. Mama Księciunia mówi, że w domu tego nie robi, co jest bardzo prawdopodobne. Dzieci już tak mają, w określonych okolicznościach prezentują określone zachowania, których nie mają w innych.

Od opisywania rzeczy i miejsc za pomocą znaków Makaton, przeszliśmy do robienia zdjęć, do których dzieci przyporządkowywały odpowiedni znak, a zdjęcia z czasem zastępowały obrazki. Czasami obrazków i zdjęć używaliśmy albo razem, albo naprzemiennie. To wtedy nauczyliśmy się zadawać pytania: co to jest ? kto to jest ? co robi ? A to pozwoliło nam na układanie odpowiedzi na przykład takich:

Pewnego razu, robiłam zdjęcia podczas zajęć w kuchni dydaktycznej, gdy piekliśmy ciasteczka i kiedy trzeba było zapełnić dzieciom czas oczekiwania, aż się upieką, wyświetliłam im te zdjęcia na komputerze, dla porównania pokazując również obrazki ilustrujące proces pieczenia ciasteczek. Odkryłam, że wszyscy, bez wyjątku, bardzo lubią oglądać siebie, bo wtedy, z zafascynowaniem oglądali fotki, które im zrobiłam.

Nieodłączną częścią naszej nauki w szkole są ćwiczenia, które nazwałam „kalendarzowe”. Chodzi o to, że dzieciom, wszystkim bez wyjątku, a nawet niektórym dorosłym, niezwykle trudno jest wytłumaczyć pojęcie czasu. Zaczynaliśmy od nauki nazw dni tygodnia, wklejając do zeszytów odpowiedni znak, obok znak symbolizujący aktualną porę roku i jeszcze po obserwacji pogody, dzieci wybierały znaczek odzwierciedlający jej stan.

Od tamtej pory minęło sporo czasu i dzisiaj układamy zdania, a wszystkie dzieci robią to samodzielnie i bezbłędnie. Na styropianowej tablicy mamy umieszczony duży napis, w którym codziennie wymieniamy znak z nazwą dnia, najczęściej robi to Księciunio, bo uważa to za swój obowiązek w klasie, ale gdy go nie ma, to inni także dają radę.

Następnie dzieci dostają wszystkie potrzebne znaki i w zeszytach układają zdanie:

Nie tylko do zapisywania daty służyły nam znaczki z nazwami dni tygodnia, również do sprawdzania obecności. To niezwykle ważny element każdej szkolnej rzeczywistości, takie sprawdzanie, kto jest a kogo nie ma, ale nasze sprawdzanie obecności służyło, niekoniecznie statystykom, a utrwalaniu znajomości dni tygodnia. Wyglądało to tak, że na tablicy korkowej, każdy z uczniów miał umieszczone swoje zdjęcie i codziennie przypinał obok znak Makaton symbolizujący ten dzień, który właśnie trwał. Jeżeli ktoś był obecny przez pięć dni, to obok jego zdjęcia znajdowało się pięć znaków z kolejnymi dniami tygodnia, jednak w przypadku nieobecności, jego pięciodniowy tydzień szkolny był dziurawy.

Teraz inaczej sprawdzamy obecność, chociaż też wykorzystujemy do tego tablicę korkową. Obok zdjęcia każdego ucznia z naszej klasy jest miejsce na powieszenie breloczków do kluczy. Oczywiście w naszej niezwykłej klasie, breloczki do kluczy też nie są zwykłe, na każdym jest przyklejona literka. Z literek dzieci układają swoje imiona. Najbardziej zainteresowana jest układaniem Nowa i jeśli nikt jej nie powstrzymuje, układa literki za siebie i za pozostałych i trzeba jej to przyznać – dobra jest.

Nie tylko dobra w tym układaniu, Nowa jest także niezwykle kreatywna. Zauważyła, że kilka breloczków zostało pustych i zażyczyła sobie, żeby moje imię też układało się na tablicy. Powiedziałam Nowej, że nie ma mojego zdjęcia, więc niewiele myśląc narysowała mój portret, a że dziecięcą pomysłowość nie zawsze należy gasić, więc chcąc nie chcąc również „wiszę” na tablicy. Następnie Nowa zadyrygowała, żeby i Pani Justynka też została „powieszona” na tablicy, niestety zabrakło nam breloczków do kluczy i trzeba będzie koniecznie ten brak nadrobić, z tego samego powodu, co powyżej.

Taką tablicę „kalendarzową” mamy obecnie w klasie jeszcze jedną, ale żeby nie było, że to ozdoba, układały ją dzieci z moją pomocą. Wprawdzie jesteśmy dopiero na etapie uczenia się nazw miesięcy, ale na tablicy znajdują się zdania dotyczące miesięcy i pór roku.

W pewnym sensie tradycją, a już na pewno zwyczajem naszej klasy, jest układanie na początku każdego miesiąca kartki z kalendarza. Dzieci układają, w kolejności, znaki Makatonu symbolizujące dni tygodnia, potem, w zależności od tego co komu lepiej wychodzi, jedni poprawiają „po śladzie”, inni przyklejają cyfry, tak, aby ułożył się pełny miesiąc. Dokładnik, który jest niezwykle dokładny w poprawianiu „po śladzie”, w ten sposób wypełnia swoją kartkę, Nowa, mimo że jej ruchom brakuje precyzji i ma spore braki w zakresie integracji sensorycznej, co powoduje, że zazwyczaj wokół niej tworzy się chaos, bardzo się stara. W ogóle Nowa lubi się uczyć i jak na jej niepełnosprawność intelektualną w stopniu umiarkowanym, jest bardzo bystra.

Księciunio nie stara się wcale, albo robi to tak, że umyka to naszej uwadze, więc żeby jego kartka była w miarę czytelna, dostaje cyferki do przyklejenia we właściwej kolejności, a robi to tak dobrze, że wcale nie trzeba go pilnować. Księciunio potrafi ułożyć cyfry nawet do 100, ponieważ jednak nie mówi, jego niepełnosprawność intelektualna jest w stopniu znacznym, jego reakcje są odroczone i dość często w czasie zajęć kieruje się przekorą, trudno mi zweryfikować, czy jest to bierne układane cyferek, czy też oparte na wyrobionym pojęciu liczby, nad którym od lat pracujemy. Nie każdy kto układa cyfry we właściwej kolejności potrafi liczyć, w przypadku Księciunia istnieje prawdopodobieństwo, że jako osoba z autyzmem, po prostu zapamiętał ciąg cyfr i ich układ. Pojęcie liczby oznacza, że rozumie, która liczba jest większa, że ciąg układa się rosnąco albo malejąco, że dodawanie zazwyczaj powiększa ilość i tym podobne zawiłości, które nie bardzo wiem jak sprawdzić u Księciunia.

Wracając do naszych kartek z kalendarza, gdy już są gotowe, przeliczamy tygodnie, opisujemy co to za miesiąc i wybieramy najładniejszą do przyklejenia na drzwiach. Przez cały rok szkolny zbiera się nam tych kartek 10, a że robimy tak już kolejny rok, dzieci mają możliwość zaobserwować powtarzalność i dni i miesięcy.

Pierwsze nasze dłuższe „wypowiedzi” po makatońsku, zaczęły powstawać w ubiegłym roku szkolnym, a były to życzenia:

Nie tylko świąteczne, układaliśmy życzenia na Dzień Mamy, Dzień Babci i różne inne, bliskie dzieciom okazje. Pracujemy Metodą Ośrodków Pracy, więc zanim „dojdziemy” do układania samych życzeń, znaki są przez cały tydzień powtarzane w różnych możliwych wariatach i konfiguracjach.

Uczymy się tych znaków Makaton szósty rok, więc żeby nam się nie zmarnowała ich znajomość, w tym roku szkolnym postanowiliśmy zostać pisarzami. Oczywiście w czasie zajęć ćwiczymy całe mnóstwo ważnych rzeczy tj. koordynacja wzrokowo – ruchowa, percepcja, grafomotoryka, relacje czasowe i przestrzenne i robimy to na przeróżne sposoby, ale układamy także zdania obrazkowo – wyrazowe z użyciem znaków Makaton. Tak sobie opisujemy świat „po makatońsku”, bo skoro już tworzyć zdania, to czemu nie pisać o samym sobie. Zdania układamy w albumach do zdjęć, każdy w swoim, a że każdy jest inny, więc treść zawarta w albumach także się różni.

Poza tym, dzieci nie tylko wybierają same znaki, ale piszą o tym co dotyczy ich samych, więc po pierwsze, mają możliwość w jakiś sposób dokonać autoprezentacji, a po drugie, może to stanowić czynnik motywujący do samego działania.

Swój ulubiony kolor wybierali sami z kilku im podanych i tu moja satysfakcja, bo odgadłam wcześniej, które z nich jaki kolor wybierze. Mieli także (na podstawie moich obserwacji ) podaną pulę znaków symbolizujących rzeczy, które lubią, więc wyboru dokonywali także samodzielnie.

Zupełnie jeszcze nie wiem, w jakim kierunku rozwiną się te nasze „książeczki” i jakie treści się w nich znajdą, ale każdy kolejny „wpis” ma związek z realizowanym aktualnie tematem Ośrodka Pracy.

Jeszcze jednym sposobem na opisywanie „naszego”, niezwykłego, specjalnego świata, jest układanie planów dnia jako element strukturyzacji czasu. Pozostajemy w kręgu spraw, w których dzieci biorą udział, a jednocześnie doświadczają tych samych zdarzeń, odbywających się z pewną powtarzalnością. Ponieważ układamy już całe zdania, więc ćwiczenia polegają między innymi także na różnicowaniu zdań wyglądających podobnie, jak na przykład:

Kiedyś, gdy nasz plan dnia był znacznie skromniejszy, bo daną aktywność dzieci określał pojedynczy znak, a w naszej klasie była Fryga, która ciągle pytała o koniec zajęć, bardzo nam pomogło odwracanie znaków opisujących to, co już minęło.

Teraz plan dnia, również nam pomógł, w przypadku Nowej. Otóż, jej ulubionym nauczycielem jest Pan Łukasz, z którym mają wf na sali gimnastycznej i dla takiej Nowej, ideałem byłoby, gdyby ten wf odbywał się codziennie, od rana do wieczora, ale że jest to niemożliwe, w takich planach dnia mamy zapisane:

jedynie w poniedziałek, czwartek i piątek. Nowa układała te plany dnia na każdy dzień z innymi i chyba coś poukładało się w jej głowie, że już nieco mniej marudzi o Pana Łukasza.

Nadal chodzimy gotować raz w tygodniu, mimo że po naszym pobycie, kuchnia najczęściej wygląda jak pobojowisko, nie rezygnujemy z tego, dzieci wąchają, smakują, ćwiczą ręce i samoobsługę i mam nadzieję parę innych kwestii. W tym roku szkolnym, jak już się tak „rozpisaliśmy” po makatońsku, przed każdymi zajęciami w kuchni, staramy się ułożyć przepis na potrawę, którą będziemy przyrządzać. Mamy już przepis na sałatkę jarzynową i na pierogi ruskie, a ostatnio robiliśmy bułeczki zapiekane z pieczarkami i serem. Najbardziej angażuje się w układanie przepisów Ksieciunio i później w czasie gotowania nieustannie zerka na przepis, widocznie nie do końca ufa, czy postępujemy prawidłowo, kontroluje. Przed nami jeszcze kilka miesięcy układania przepisów i gotowania, jestem dobrej myśli, dorobimy się własnej książki kucharskiej „po makatońsku”.

Tak mniej więcej wygląda nasz świat „po makatońsku” na Zapiecku. Dzieci nieustannie psocą po swojemu i żartują z nas ile mogą, ale przecież takie ich prawo, uczą się także ile mogą i chociaż dokładam wszelkich starań, żeby byli bardziej ekspresyjni w komunikowaniu się, to przecież każde z nich robi postępy na miarę własnych możliwości. A ja, jako ich nauczycielka, jestem nieodmiennie z nich dumna. Jak wspomniałam powyżej, jednym z ważniejszych aspektów życia szkolnego, jest sprawdzanie obecności. Frekwencja w mojej klasie zazwyczaj wynosi około 90 %. To chyba znaczy, że lubią chodzić do szkoły.

 

Autor: Renata Musiał

Materiał nadesłany przez Czytelniczkę portalu Pedagogika Specjalna – portal dla nauczycieli

 

Bookmark the permalink.

Inne artykuły z tej kategorii:

Dodaj komentarz