„Księciunio i inni”, czyli w niezwykły sposób o autyzmie

Opublikowano: 26 października 2017 roku

Pierwszy przybył Księciunio. Nie rozglądał się, chyba że w sobie, ale miał coś jakby uśmiech na twarzy, zwłaszcza gdy do niego coś mówiłam. To był nasz pierwszy wspólny dzień, więc najważniejsze to poznać się wzajemnie. Księciunio nic nie mówił, przynajmniej słowami, bo do dzisiaj nauczyliśmy się: on pokazuje, ja odgaduję. Bardzo lubi zupy. Trzyma łyżkę i równocześnie wyciąga palec wskazując na pełny jeszcze talerz kolegi, to znaczy, że chce więcej zupy. Czasami zjada trzy talerze. Oczywiście nie same talerze tylko zupę, której mu dolewamy trzy razy. Księciunio umie zakładać buty, ale czasami zdarza mu się włożyć prawy but na lewą nogę, albo odwrotnie. Mówię do niego „odwrotnie”. To trwa, ale za jakiś czas przebiera buty. Bardzo mądrzy ludzie wymyślili, że to „reakcja odroczona”. Musiałam więc się nauczyć, żeby nie ponaglać. On ma „swój czas” i w tym jego czasie, to nie to, że przebieranie butów trwa wolniej, trwa tyle samo co w czasie zegarowym, tylko nie ma najmniejszego powodu, żeby się śpieszyć.

Z tamtego dnia, który był piątkiem, pamiętam jeszcze książeczkę. O nie, to była księga. Duża i cienka, ale szeleściła kartkami. To znaczy ja słyszałam szelest, ale Księciunio musiał słyszeć coś bardzo przyjemnego, bo uśmiechał się, przekrzywiał głowę po swojemu i dotykał mojej ręki, co rozumiałam „jeszcze raz”. Ha, więc to wtedy zaczęło się: on pokazuje, ja odgaduję. Drugim dniem był poniedziałek. Wtedy pojawił się Księżyc.

Jasne włoski i okrągła buzia z ustami skrzywionymi w górę albo w dół jak księżyc w nowiu. To znaczy taki półksiężyc. A  czasami zamyślał się i wtedy jego usta robiły się takie okrągłe jak księżyc w pełni, albo złotówka, albo płatek kosmetyczny, albo talerzyk, albo medal, albo po prostu kółeczko, bo wszystkie te rzeczy mają kształt okrągły. Zaraz jak tylko się pojawił, okazało się, że Księżycowi bardzo trudno jest usiedzieć w jednym miejscu. Szczególnie na krzesełku, przy stoliku. Właściwie nie jest to konieczne, ale bardzo przydatne, zwłaszcza jeśli chciałam czegoś go nauczyć, bo przecież przyszedł do szkoły, a ze szkołą tak już jest, że jak ktoś do niej przyjdzie, to powinien się uczyć. Możliwe, że jest sposób na to, żeby uczyć kogoś, kto nieustannie biega, bierze do rąk różne rzeczy, po chwili porzuca je, acha, wcześniej jeszcze musi je włożyć do buzi, jakby sprawdzał ich smak. Jeśli ktoś taki sposób wymyśli, to ja chętnie go poznam, ale wtedy musieliśmy się przyzwyczaić, że niektóre zajęcia wymagają siedzenia przy stoliku.

Pierwszym zajęciem „przy stoliku” było śniadanie. Talerzyk „śniadaniowy” Księciunia jest w kaczuszki, a Księżyca ma wzorek z fioletowych kwiatuszków. Ja mówię „wyjmij chleb”, a potem „połóż na talerzyku”.  Gdyby talerzyki się pomyliły, wtedy Ksieciunio musiałby się nauczyć, że ten z filetowymi kwiatuszkami to też talerzyk, a Księżyc musiałby się nauczyć, że ten z kaczuszkami, to też talerzyk. Tak samo jest z kubeczkami, każdy musi mieć swój i zawsze ten sam. Przynajmniej tak było na początku. Teraz raczej nie zwracają uwagi na to jaki jest talerzyk, albo kubeczek, a to znaczy, że nauczyli się generalizować. To bardzo mądre słowo oznacza, że rozumieją: talerzyków jest dużo, mogą być różnie ozdobione i raczej na każdym można położyć chleb. Mówiłam do nich „posmaruj chleb masłem”, a potem „zrób kanapkę”,  Księżyc, jeżeli tylko był w dobrym humorze, robił to od razu: smarował chleb masłem i tym co jeszcze przyniósł z domu. Księżyc raczej lubi jeść, zupełnie inaczej niż Księciunio.  Nie pamiętam, żeby zdarzyło się, ze zjadł kanapkę. Ujmuje nóż w dwa palce, spróbujcie tak posmarować kromkę chleba, po prostu tylko nakłada masło i wrzuca na wierzch to co przyniósł: wędlinę, albo ser, albo jeszcze coś. Jego kanapki wyglądają jakby to wiatr usypał jakiś kopczyk. Być może dlatego robi je tak, byle jak, bo nie zamierza ich jeść. Parę razy, przez nieuwagę, zrobił kanapkę tak, jak go uczyłam, ale tylko parę razy, jednak dzięki temu wiem, że potrafi ją zrobić porządnie, a nie wiatrowo, widocznie jednak nie chce.

Podobnie jest z ubieraniem bluzy lub kurtki, jeżeli założy bluzę kapturem na dół, czyli odwrotnie, a nikt mu nie powie, że to jest źle, to tak właśnie ubrany będzie chodził, bo dla niego to nie jest ważne, czy bluza jest założona kapturem na dół, czy do góry. Księżyc nie ma takich problemów. Problemem Księżyca są jego ręce, które nieustannie chcą uderzać w głowę, albo w policzki, albo, żeby je szczypać i przygryzać. Bardzo trudno takimi rękoma zdjąć jedne buty, żeby założyć drugie, albo rozpiąć kurtkę, a potem powiesić ją w szafie, dlatego jego przebieranie trwa czasami bardzo długo. Znowu mądrzy ludzie wymyślili nazwę na takie niespokojne ręce, mówią, że to autoagresja, kiedy autoagresji jest więcej Księżyc jest płaczliwy, a kiedy mniej, śmieje się.

Dlatego drugie zajęcie, na stałe, na co dzień, które wprowadziliśmy w pierwszych dniach  nazywało się „świadomość ciała, kontakt i komunikacja”, ale my mówimy po prostu „Knill”, bo to nazwisko kogoś, kto wymyślił, że tak można zająć Księciunia, Księżyc i im podobnych. Pierwsze zajęcia odbywały się w klasie szkolnej, jednak szybko zaczęliśmy wykorzystywać Salę Doświadczania Świata. Ooo, to bardzo ciekawa sala. Wchodzimy do niej i jest ciemno, więc włączamy kulę od której pojawiają się na ścianach wirujące odblaski, włączamy tarczę, która wyświetla na białej tablicy coś co można zobaczyć w kalejdoskopie – zmieniający się układ kolorów i zdjęć np. zwierząt albo ptaków, albo roślin, potem jeszcze kolumna bulgocząca. Wygląda to tak jakby ciągle gotowała się w niej woda, unoszą się bąbelki, tylko, że zmienia się co jakiś czas ich kolor. Ona jest „bulgocząca”, bo taki właśnie dźwięk wydaje – bulgocze czerwono, zielono, żółto, niebiesko, pomarańczowo, albo turkusowo, albo biało. Z kolumny wychodzą światłowody jak cały pęk zmieniających barwę wężyków. Światłowody zwisają też nad lustrem. Ono pokazuje tego, kto się w nim przegląda, że raz jest chudy, a raz gruby. Kiedy weszliśmy do tej sali po raz pierwszy i zaczęła się mienić tymi wszystkimi kolorami i światełkami, Księciunio był bardzo zadowolony, tak przynajmniej można sądzić po tym jak się uśmiechał i przekrzywiał głowę, za to Księżyc, akurat był w gorszym nastroju, tym półksiężycowym. Włączyłam muzykę, która nazywała się „morze”, było słychać głosy mew, szumiała woda, jakby fale uderzające o brzeg, a czasami odgłosy burzy, w które Księciunio wsłuchiwał się bardzo uważnie, a jego nastrój z chwili na chwilę zmieniał się, niestety na gorszy. Stawał się coraz bardziej rozdrażniony, w przeciwieństwie do Księżyca, któremu bardzo się wszystko spodobało, przestał płakać i wydawał się zainteresowany otoczeniem, oglądał i dotykał różnych rzeczy. Byliśmy tam 45 minut, czyli tyle ile trwa jedna lekcja w szkole, a kiedy wychodziliśmy, wyglądało to tak, jakby nastąpiła zamiana: Księżyc był zadowolony, a Księciunio w nastroju półksiężycowym. Do dzisiaj nie wiem dlaczego tak się stało, ale też nigdy więcej ta zamiana się nie zdarzyła ponownie. Za to do Sali Doświadczania Świata zaczęliśmy chodzić regularnie, żeby „robić Knilla”. Chciałabym wierzyć, że to przyjemne zajęcie dla Księciunia i Księżyca, ale czasami trudno to stwierdzić.

Kiedy wchodziliśmy do Sali Doświadczania Świata, zaczynaliśmy od rozkładania na podłodze materacy i ściągnięcia butów. Na te zajęcia przychodził do nas Pan Grzegorz. Wszystkie światełka i kolorki zostają włączone i dodatkowo kaseta z odpowiednim nagraniem, bo w „Knillu” ważna jest każda melodyjka, zapowiadająca inny rodzaj ćwiczenia, które trzeba naśladować. Och, ile mądrych rzeczy wymyślili dorośli ludzie, żeby zrozumieć jak postępować z dziećmi, na przykład to, że dzieci uczą się być dorosłymi wtedy, gdy naśladują dorosłych. Księciunio i Księżyc mają problem z naśladowaniem i z uczeniem się, dlatego próbujemy ich nauczyć jak się naśladuje: machanie rękami, klaskanie, pocieranie dłońmi, albo stopami, turlanie a nawet łaskotanie. Lubicie łaskotki ? Księżyc łaskotany – śmiał się głośno, za to Księciunio wcale nie reagował. Właśnie dlatego nie wiem czy lubił te zajęcia, bo słysząc muzykę, uśmiechał się i przekrzywiał głowę, ale gdy siadaliśmy na materacu zamiast przodem, odwracał się tyłem do mnie i w ogóle nie chciał naśladować moich ruchów, Księżyc siedział naprzeciw Pana Grzegorza i starał się robić to co on, dość często też śmiał się, najtrudniej było wtedy gdy nie umiał zapanować nad swoimi rękami, którymi ciągle chciał uderzać w głowę, albo w policzki, wtedy Pan Grzegorz trzymał jego ręce i wykonywał wszystkie ruchy razem z nim. Tak robiliśmy przez dwa lata, to bardzo długo, potem coś się zmieniło, doszedł do nas ktoś jeszcze, ale o tym napisze później.

Ponieważ Księciunio i Księżyc przychodzili do szkoły, więc jak to w szkole, mieli przerwy, czyli taki czas, który oddziela jedno zajęcie od drugiego. Wychodziłam z nimi na korytarz, gdzie byli wszyscy uczniowie, mali i duzi, dziewczynki i chłopcy, mądrzy i głupi, biegali i krzyczeli i na początku bardzo się dziwili, a najbardziej temu, że Księżyc i Księciunio nie umieją mówić, niektórzy, może ci głupi, śmiali się z nich, ale tylko na początku, szybko im się znudziło, bo ani Księżyc, ani Księciunio nie odpowiadali na te śmiechy. Księżyc biegał sobie po korytarzu i najczęściej cieszył się z tej swobody, że może pobiegać, ulubionym sposobem spędzania przerw dla Księciunia jest stanie przy oknie, ręce zakłada do tyłu, troszkę podskakuje i tak sobie po prostu patrzy, tak jest od początku, czyli od pięciu lat, bo tyle już chodzą do szkoły i Księciunio i Księżyc. Przez ten czas Księciunio nauczył się liter, ale mimo, że pokazywałam mu jak się pisze, tak samo jak nie chce mówić, nie chce też pisać. Skąd wiem, że zna litery ? Dostaje do rąk prostokątne kartki, z magnesem z jednej strony a literą z drugiej, mówię do niego „ułóż napis”, zależy jaki mamy temat dnia np. „poniedziałek” i „uczymy się jak spędzać wolny czas”, z literek na kartonikach Księciunio układa te napisy na czarnej tablicy.

Z tablicą w naszej klasie też jest inaczej niż we wszystkich innych klasach. Oczywiście można pisać po niej kredą, ale co tu pisać jak się nie umie albo nie chce, więc mamy baaardzo dużo magnesów i wybieramy te które nam są potrzebne: figury geometryczne, litery, cyfry, albo obrazki. Nasza tablica jest zawsze bardzo kolorowa. Dużo mamy tablic, jedna z nich – korkowa, jest po to, żeby codziennie, z samego rana, jak tylko pojawią się obaj w szkole, układać plan dnia. Mamy specjalne znaczki, które nazywają się MAKATON. Najpierw dajemy znaczek, który mówi: „dzień dobry”, co oznacza, że się witamy, potem znaczek „śniadanie”, a potem sami wymyślamy co się będzie działo, czy pójdziemy do Sali Doświadczania Świata, czy na spacer, czy będziemy malować, czytać, czy może uczyć się pisać, czy jeszcze co innego. Na wszystko mamy znaczek, a jak nie mamy, to wymyślamy sami, żeby ułożyć plan dnia i żeby Księciunio i Księżyc wiedzieli, jak ten dzień będzie wyglądał. To ważne, żeby trzymać się ustalonego planu dnia, bo wtedy są spokojniejsi, mniej się denerwują i jest im łatwiej. Na zakończenie zawsze dajemy znaczki „obiad”, bo oni jedzą obiad w szkole, a potem to już tylko „do widzenia”, co oznacza, że zajęcia się kończą, „jechać busem” i „dom”, bo niedługo pojadą do domu.

Mamy też znaczek „spacer”, bardzo lubią wychodzić na spacery, mimo, że Księżyc ma dni, kiedy boi się bardziej niż zwykle, a najbardziej boi się na spacerze, kiedy spotykamy jakiegoś psa, chwyta wtedy najbliższą dorosłą osobę mocno za ramię i prawie przestaje się ruszać ze strachu, kiedy jednak nie spotykamy żadnego psa, Księżyc lubi sobie swobodnie pobiegać, Księciunio zakłada ręce do tyłu i idąc, czasami podskakuje, a najczęściej rozgląda się wkoło. Bardzo, ale to bardzo nie lubi, żeby go trzymać za rękę, a czasami jest to konieczne, bo zdarza się, że musimy przejść przez ulicę, albo poruszamy się w miejscach gdzie jeżdżą samochody, a ani Księciunio, ani Księżyc, mimo że uczą się tego od kilku lat, nie mają poczucia, że samochody stwarzają niebezpieczeństwo. Chodzimy na spacery ciągle w te same miejsca i Księciunio bardzo dobrze orientuje się w otoczeniu, gdyby mu pozwolić to sam by sobie przeszedł te ścieżki i dróżki i wrócił do szkoły, ale teraz jest nas więcej i nie wszyscy chodzą tak szybko jak on, ale o tym jeszcze napisze później, żeby było po kolei. Jak powiedziałam, Księciunio dobrze zna wszystkie okoliczne trasy, którymi chadzamy, ale wyobrażacie sobie, co byłoby gdyby wrócił sam do szkoły, na pewno wszyscy by się bardzo zdziwili, a że nie umie mówić, więc nie mógłby powiedzieć, że szedł tak szybko, aż zostawił nas w tyle.

Czasami, na spacer wychodził z nami Pan Grzegorz i robił nam marszobiegi, to znaczy, że trzeba było iść tak szybko jakby się prawie biegło. Pan Grzegorz zna różne ścieżki w lesie, których ja nie znam, oj ciężko mi było nadążyć, a i Księciunio wtedy zostawał w tyle, tylko Księżyc biegł równo z Panem Grzegorzem, był zmęczony, ale bardzo zadowolony. W ogóle Księżyc lubi biegać. Lubi też brać do buzi prawie wszystko, a przecież nie wszystko można, więc na spacerze lepiej było dla niego kiedy biegał, zamiast brać do buzi liście, gałązki, albo jeszcze inne znalezione śmieci. Wymyśliłam, że skoro Księżyc tak bardzo lubi brać do buzi niejadalne rzeczy, to będziemy robić obrazki z rzeczy jadalnych. Polegało to na tym, że na kartce posmarowanej klejem (zrobionym z mąki i wody, żeby był jadalny) Księciunio i Księżyc wysypywali różne kształty, na przykład z kaszy, ryżu, kukurydzy, albo płatków owsianych, a nawet czekoladowych, chociaż oni nie powinni jeść słodkich rzeczy, bo wtedy stają się bardziej niespokojni, ale czasami używaliśmy płatków czekoladowych. W przypadku Księżyca, mało co zostawało na kartce, a sporo znajdowało się w jego buzi, ale te zajęcia okazały się być dobrym sposobem na to, żeby Księżyc nauczył się, chociaż przez chwilę, siedzieć przy stoliku.

Zaczęliśmy tez chodzić na zajęcia do kuchni. Mamy w szkole kuchnię, która nazywa się „dydaktyczna, co oznacza, że służy do tego, żeby uczyć się w niej gotować. Nam służyła na początku do robienia sałatek. Oj, ale się wtedy nakroiliśmy. Robiliście kiedyś sałatkę ? Zdaje się, że większość sałatek polega na tym, że trzeba pokroić różne rzeczy: warzywa, albo owoce i wymieszać. I znowu Księżyc zawsze miał pełną buzię, a najbardziej lubi te produkty, które mają bardzo wyraźny smak, takie jak cebula, papryka, czosnek, imbir, lubi nawet pieprz. Za pierwszym razem, gdy używaliśmy pieprzu, oni jeszcze nie wiedzieli, że to taka ostra przyprawa i Księciunio kichnął, od pieprzu bardzo łatwo kichnąć, a potem ręką, na której miał sproszkowaną przyprawę potarł nos i nieco dostało mu się do oczu. Strasznie się wtedy popłakał i miał powód, bo to musiało być bardzo nieprzyjemne, potem długo musieliśmy myć buzię, żeby pieprz przestał szczypać. Księżyc wcale nie płakał, nawet kiedy zlizywał ostry proszek ze swojej ręki, mało tego, wydawało mi się, że mu smakuje.

Księciunio i Księżyc byli już w drugiej klasie, kiedy doszedł do nas Dokładnik. Od pierwszego dnia baaardzo dokładnie, naprawdę bardzo dokładnie układał swoje buty w szafie, zapinał wszystkie guziki, zasuwał zamki, po kilka razy sprawdzał, czy jest dokładnie tak, jak chce, żeby było, domykał po kilka razy wszystkie drzwi, wszędzie zaglądał i dotykał każdej rzeczy, tak robi do dzisiaj. Dokładnik jest zwinny, bardzo ruchliwy i szybki. Na początku zanim oswoił się z nowym otoczeniem, zdarzało mu się znienacka wypadać z klasy i biec przez korytarz szkolny, dopóki nie zatrzymała go ściana, albo nie wleciał do jakiejś innej klasy. Często też nie wracał po przerwie i trzeba było go szukać, jeśli zdarzyło się, że w któryś drzwiach tkwił zostawiony klucz, to Dokładnik go przekręcał tak samo, jak wszystkie zamki i w ten sposób zdarzyło się, że kiedy jeden z tych przekręconych zamków się popsuł, a Dokładnik został zamknięty z panią nauczycielką w środku, trzeba było zadzwonić po Pana Konserwatora, żeby wszedł przez okno i najpierw rozmontował zamek a potem go naprawił. Wiosną, gdy jest dostatecznie ciepło, przerwy odbywają się na boisku szkolnym, obok którego jest wydzielony plac zabaw z huśtawkami dla młodszych uczniów. Dokładnik zawsze chciał korzystać z huśtawki i bardzo wysoko się huśtać, trzeba było mu długo tłumaczyć, że nie wolno. W ogóle Dokładnik ma problem ze zrozumieniem, że czegoś nie wolno i dlatego bardzo często płacze ze złości, że czegoś mu się zabrania. Nauczył się jednak, że z różnych atrakcji, na przykład takich jak huśtawka, chce korzystać więcej dzieci i to wymaga, albo czekania na swoja kolej, albo ustąpienia jej komuś. I boisko i plac zabaw są ogrodzone, ale kiedy Dokładnik był na etapie ciągłego biegania, zdarzyło się, że tak się rozpędził, że po prostu  wbiegł na ogrodzenie, dwoma rękami złapał za jego krawędź i przeniósł ciężar ciała na drugą stronę, zrobił to naprawdę bardzo zwinnie i szybko, a Pan Tomek, który za nim pobiegł, opowiadał, że „jak strażak”, bo strażacy muszą umieć takie ogrodzenia pokonywać, kiedy akurat mają akcję ratunkową. Niestety dla Dokładnika nie skończyło się to dobrze, na ulice nie wolno wybiegać, bo jeżdżą po niej samochody i nawet jeśli kierowca jest uważny, to taki Dokładnik, wybiegający nagle na ulicę może go zaskoczyć i nie zdąży zahamować. Pan Tomek przyprowadził Dokładnika do klasy i na tą przerwę już nie mógł wyjść, co dla niego było naprawdę straszną karą, bo w klasie jest za mało miejsca, żeby biegać, a Dokładnik właśnie dlatego tak bardzo lubi przerwy, że może biegać. Bardzo wtedy płakał ze złości.

Bardzo też lubi spacery i kiedy akurat spacerujemy po lesie, zawsze znajdzie sobie jakąś gałąź i ją niesie, przypuszczam, że gdyby wpadł na ten pomysł, a żeby właśnie nie wpadł, na wszelki wypadek nie mówimy tego głośno, chodziłby po drzewach, a tak, to tylko macha gałęzią i biega. Dokładnik też nie umie mówić, chociaż jego mama opowiada, że jak był bardzo malutki to mówił, jednak inaczej niż Księciunio i Księżyc próbuje wypowiadać pojedyncze słowa. Najlepiej mu wychodzi słowo „bus”. Ledwie wejdzie do klasy, bierze mnie za rękę, ciągnie do tablicy, na której jest układany plan dnia i pokazując znaczek „jechać busem” powtarza: „bus, bus”. Tak za dobrze nie wiem co to oznacza, bo zapewnianie go, że „tak, pojedziesz busem do domu, ale po obiedzie”, nic nie daje, z uporem powtarza swoje „bus, bus”, mówienie mu „tak, przyjechałeś busem do szkoły”, też nic nie daje. Jedynie kiedy zajmie się czymś innym, przestaje na jakiś czas powtarzać „bus, bus”. Księciunio od razu bardzo polubił Dokładnika, a okazywał to w ten sposób, że śmiał się na jego widok i dotykał go ręką, albo zbliżał się tak bardzo, że prawie cały na niego wchodził. Niestety Dokładnik nie odwzajemnia tej sympatii i bardzo się denerwuje, gdy Księciunio tak ciągle go dotyka.

Księżyc też czasami za bardzo się zbliża, jakby zaglądał komuś w twarz, ale na Dokładnika zdawał się nie zwracać uwagi. Przy takim zbliżaniu się „za bardzo” mówię do Księżyca „nie chcę”, bo chociaż Księżyc nie mówi, ale rozumie co mówi się do niego, a powinien nauczyć się, że takie zbliżanie i zasłanianie swoją twarzą czyjejś twarzy nie jest miłe. Księciuniowi też mówię za Dokładnika, że „on nie chce”, ale Księciunio nie bardzo chce usłuchać, widocznie bardzo lubi Dokładnika. Jak już rok szkolny trwa, to chyba z przyzwyczajenia nieco mniej się cieszy na widok Dokładnika, ale przez dwa miesiące wakacji nie widział nikogo ze szkoły i tak właśnie cieszył się i pokazywał, że rozpoznaje: dotykał, śmiał się, kręcił w kółko wokół osoby, z którą na swój sposób chciał się przywitać.

Po wakacjach, dla Księciunia i Księżyca – drugich, a dla Dokładnika – pierwszych, dołączył do nas Kiwaczek, chyba najdziwniejszy z nich wszystkich. Na początku zastanawiałam się czy Kiwaczek dobrze słyszy, bo czasami mówię do niego „schowaj plecak do szafy”, musimy chować plecaki, żeby nie leżały byle jak, bo można wtedy się o nie potknąć, zwłaszcza, że jest nas coraz więcej, a sala się nie powiększa, bo nie jest gumowa, więc mówię do niego „schowaj plecak” i czasami jest tak, że od razu bierze plecak i wkłada go do szafy, a kiedy indziej jest tak, że patrzy na mnie, rozgląda się wokół i nie wie co ma zrobić. Sprawdziłam, kiedy był odwrócony do mnie tyłem, zawołałam go po imieniu i odwrócił się, i tak kilka razy, kiedy nie widział moich ust, żeby nie wiedział, że coś mówię, odzywałam się do niego, a on odwracał się do mnie i znowu, czasami od razu robił to co mówiłam, a czasami tylko patrzył, więc na pewno słyszy dobrze, ale nie wiem do dzisiaj dlaczego nie zawsze rozumie, co się do niego mówi. I Kiwaczek i Dokładnik od razu polubili zajęcia „Knilla”. Wcześniej, zanim zaczęli chodzić do szkoły, byli w przedszkolu i tam już nauczyli się tych zajęć, dlatego nie sprawiały im one trudności. Radzili sobie też z robieniem kanapek, przebieraniem butów, wieszaniem swoich ubrań, myciem rąk, tym wszystkim, co nazywa się samoobsługa, a jest ważne, bo oni rosną i kiedyś będą dorośli, a wyobrażacie sobie, że dorosłego człowieka ktoś obsługuje, na przykład ubiera go, albo myje. Może tak się zdarza jak ktoś jest królem, albo jeszcze kimś innym, ważnym, ale najczęściej dorośli ludzie sami siebie obsługują, więc kiedy są dziećmi, uczą się tego.

Księciunio, Księżyc, Dokładnik i Kiwaczek mają coś, co mądrzy ludzie nazwali „niepełnosprawnością intelektualną”, a oznacza, że uczą się wolniej i z większym trudem niż ci, co nie mają niepełnosprawności intelektualnej. Księciunio nauczył się liter i umie układać wyrazy, ale nie umie pisać, Księżyc nauczył się odróżniać kółko od kwadratu i trójkąta, ale ciągle jeszcze uczy się trzymać nożyczki i ciąć nimi, albo przyklejać obrazek, lepić z plasteliny, czy łączyć dwie kropki jedną linią. Dokładnik, jeżeli przykleja obrazek, to kilka razy sprawdza czy żaden narożnik obrazka nie odstaje, musi być dokładnie przyklejone, ale kiedy ma literki napisane tak, że trzeba tylko łączyć kropeczki, żeby napisała się litera, umie to zrobić i też bardzo dokładnie. Kiwaczek, kiedy przyszedł do szkoły już umiał łączyć kropki tak, żeby przedstawiały określony kształt, ale zupełnie tych kształtów nie odróżnia. Nie napisałam wam jeszcze, dlaczego Kiwaczek nazywa się Kiwaczkiem…

Pobierz całość tekstu

Autor: Renata Musiał

Materiał nadesłany przez Czytelniczkę portalu Pedagogika Specjalna – portal dla nauczycieli


Z autorką tekstu będzie się można spotkać 18.05.2019 r. w Niepublicznej Placówce Doskonalenia Nauczycieli PERFECTUS w Węgrzcach pod Krakowem. Pani Renata Musiał poprowadzi kurs doskonalący Terapia psychopedagogiczna osób ze spektrum autyzmu.

 

Bookmark the permalink.

Inne artykuły z tej kategorii:

Dodaj komentarz